Prawdziwe historie

Zaczęło się od marzeń… (cz. 6) – kilka ostatnich szlifów i egzamin

02 października 2026
Zaczęło się od marzeń… (cz. 6) – kilka ostatnich szlifów i egzamin
Godziny stażowe, dodatkowe szkolenia, manewry portowe i wreszcie egzamin. Czy każdy rejs czegoś uczy? Czy warto inwestować w dodatkową manewrówkę? I jak wygląda sam egzamin na Jachtowego Sternika Morskiego? W ostatniej części cyklu „Zaczęło się od marzeń” opowiadam o kilku ostatnich krokach na drodze do zdobycia patentu i o tym, dlaczego tak naprawdę wszystko zaczyna się dopiero po jego otrzymaniu.

W poprzednich częściach opowiadałem o tym, jak przygotowywałem się do kursu Jachtowego Sternika Morskiego, czego się uczyłem i dlaczego zależało mi na zdobyciu wiedzy, a nie tylko samego patentu.

Przyszedł jednak moment, kiedy trzeba było połączyć teorię z praktyką, zdobyć odpowiedni staż i sprawdzić, czy rzeczywiście jestem gotowy na kolejny krok.

Godziny stażowe – czy każdy rejs czegoś uczy?

Jeżeli planujesz zdobyć patent Jachtowego Sternika Morskiego, musisz wyrobić wymagany staż morski. I tutaj mam dla Was pierwszą radę: wybierajcie rejsy, na których nie tylko nabijecie godziny, ale przede wszystkim zdobędziecie doświadczenie.

Oczywiście z większości rejsów otrzymacie godziny stażowe. Tylko że godziny i wiedza to dwie zupełnie różne rzeczy.

Czym innym jest pływanie w wakacyjnym komforcie, a czym innym żeglowanie w listopadzie czy marcu. Każdy miesiąc stawia inne wymagania.
Czym innym też jest zdobywanie doświadczenia na Bałtyku, a czym innym w Chorwacji lub Grecji.
Nie twierdzę, że jeden akwen jest lepszy od drugiego. Każdy ma swoją specyfikę, inne warunki i inne wyzwania.

Zadajcie sobie jednak jedno pytanie: czego tak naprawdę oczekujecie od swojego stażu?

Jak wspominałem na początku tej historii, moim celem było poznanie możliwie trudnych warunków, ale pod kontrolą doświadczonego skippera. Chciałem, żeby każdy taki rejs był dla mnie lekcją, a nie tylko kolejną pozycją w książeczce żeglarskiej.

Bo przecież chodzi o to, żeby kiedyś, już jako skipper, wiedzieć, jak się zachować, a nie dopiero zastanawiać się, co zrobić.

Manewrówka dodatkowo – po co mi to?

Kolejny temat to szkolenie z manewrów portowych. Większość mówi tak - zrób patent potem udoskonalaj manewry. Na kursie nauczą cię wszystkiego co potrzebujesz. To jedna z dróg od skippera do kapitana.

Czy jest zatem konieczne do egzaminu, aby robić dodatkowy kurs z manewrów portowych? Nie. Czy warto?
Moim zdaniem zdecydowanie tak.

Powiem więcej, jeżeli pozwala Wam na to budżet, a na jachcie pływacie raz w sezonie, warto regularnie odświeżać umiejętności i ćwiczyć manewry w kontrolowanych, wymagających warunkach.

Wyobraźcie sobie, że przygotowujecie się do wakacyjnego rejsu w czerwcu lub lipcu. Wydaje się, że wszystko będzie proste: ciepło, słońce, spokojna woda i przyjemne wieczory w marinie.

Tymczasem nawet w Chorwacji i Grecji potrafi solidnie powiać, a w portach bywa ciasno. I nagle okazuje się, że przydałoby się trochę więcej praktyki. W dodatku inaczej cumuje się w Chorwacji a inaczej w Grecji.

Dlatego polecam trening manewrowy, najlepiej wczesną wiosną, w marcu lub kwietniu. Kilka dni intensywnego szkolenia na dużym jachcie, powtarzanie manewrów w różnych wariantach, ćwiczenie sytuacji awaryjnych czy symulacja zaplątania w mooring lub kotwicę innego jachtu, potrafią naprawdę dużo nauczyć i uczy przewidywania tych sytuacji i rozwiązań.

Zwróćcie uwagę na jedną rzecz. Jeżeli pływacie raz w sezonie przez siedem dni, możecie wykonać średnio kilkanaście manewrów portowych(rano wypływacie, wieczorem podchodzicie). Na intensywnym treningu potraficie zrobić nawet 20–30 dziennie! To ogromna różnica.
Powtarzalność buduje pewność siebie, a ćwiczenie trudnych sytuacji w bezpiecznych warunkach pozwala później lepiej reagować, kiedy coś pójdzie nie tak.

Właśnie dlatego moim zdaniem warto. I to nie tylko przed pierwszym samodzielnym rejsem.

Egzamin JSM – jak to wyglądało?

Obiecałem Wam również opowiedzieć o samym egzaminie.

Trzeba pamiętać, że każda szkoła może organizować go nieco inaczej. Są jednak dwa wspólne elementy: część teoretyczna i praktyczna.

U mnie teoria zaczęła się od testu jednokrotnego wyboru. I tutaj powiem krótko: jeżeli macie dobrą literaturę i traficie na dobrze prowadzony kurs, nie powinno być większego problemu ze zdaniem.

Ale potem dostaliśmy mapy i zadania nawigacyjne.

I wtedy zaczęły się schody… 😊 Oczywiście te nawigacyjne!

Nie ma jednej ogólnodostępnej bazy pytań egzaminacyjnych, z której wszyscy korzystają. Szkoły mają własne zestawy zatwierdzone przez PZŻ, dlatego warto dobrze przygotować się z całego wymaganego zakresu materiału, zamiast liczyć na zapamiętanie konkretnych pytań.

Po teorii przyszedł czas na wodę.

Nasza załoga liczyła sześć osób. Na jacht wszedł egzaminator, wybrał jednego z nas i powiedział mniej więcej tak:

– Wyobraź sobie, że jesteś już skipperem. Słucham, od czego zaczniesz.

No i zaczęło się.

Najpierw obsadzenie stanowisk, przydzielenie zadań i omówienie manewru odejścia. Egzaminator zadawał też pozostałym osobom pytania: dlaczego właśnie tak, czy można wykonać to inaczej, jakie są alternatywne rozwiązania.

Dopiero potem rozpoczęliśmy manewr odejścia.

Pamiętam, że jeszcze w marinie egzaminator wrzucił mi tyczkę do wody. Nie było czasu na długie zastanawianie się – od razu trzeba było wykonać manewr człowieka za burtą na silniku.

Następnie wyszliśmy z portu, zmienialiśmy się za sterem i wykonywaliśmy kolejne manewry podstawowe. Obowiązkowy był również człowiek za burtą pod żaglami, a nawet jak zrzucaliśmy żagle to tyczka znalazła się w wodzie.

Oceniane było nie tylko samo manewrowanie. Liczyło się również wydawanie komend, organizacja pracy załogi, podejmowanie decyzji i odpowiedzi na dodatkowe pytania, które pojawiały się w trakcie egzaminu.

Na koniec egzaminator omówił występ każdej osoby.

A jaki był wynik?

W naszym przypadku cała załoga otrzymała patent Jachtowego Sternika Morskiego.

Bardzo miło wspominam zarówno cały tygodniowy kurs, jak i sam egzamin. Było intensywnie, momentami wymagająco, a nawet śmiesznie, ale właśnie takiego doświadczenia szukałem.

Patent to dopiero początek

Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, cieszę się, że cała ta droga wyglądała właśnie tak. Od pierwszych marzeń, przez żeglarstwo śródlądowe, przygotowania, dodatkowe szkolenia i rejsy, aż po egzamin.

Ale wiecie co?

Prawdziwy egzamin zaczyna się dopiero po otrzymaniu patentu .

Bo wtedy to Ty odpowiadasz za jacht, załogę, podejmowane decyzje i bezpieczeństwo wszystkich na pokładzie. I nagle okazuje się, że wiedza zdobyta na kursie to dopiero fundament, na którym trzeba dalej budować swoje doświadczenie.

Tym wpisem chciałbym zakończyć cykl „Zaczęło się od marzeń”, w którym opowiadałem Wam o swojej drodze do patentu Jachtowego Sternika Morskiego.

Kiedyś marzyłem o tym, żeby zostać skipperem. Dzisiaj wiem, że samo zdobycie patentu nie oznacza dotarcia do celu. Wręcz przeciwnie – przede mną wciąż wiele do nauczenia, odkrycia i przeżycia.

A marzenia? Po trzymaniu patentu apetyt na żeglarskie wyprawy wzrasta!

Jeżeli macie pytania, własne doświadczenia albo tematy żeglarskie, które szczególnie Was interesują, napiszcie do nas na office@sailwith.pro. Chętnie podejmiemy kolejne tematy i być może to właśnie Wasze pytanie stanie się początkiem następnej historii.

Pozdrawiam,
Marek