W poprzedniej części pisałem o tym, jak w moje urodziny dostałem od dzieci voucher na kurs Jachtowego Sternika Morskiego. Marzenie, które przez lata gdzieś we mnie czekało, nagle stało się czymś bardzo konkretnym.
Pozostało tylko jedno pytanie: gdzie się tego nauczyć?
Zacząłem od researchu. Przeglądałem ogłoszenia szkół, czytałem programy i szukałem odpowiedzi na kilka prostych pytań: czego naprawdę uczą, ile trwają zajęcia, jak liczne są grupy i – przede wszystkim – ile czasu instruktorzy rzeczywiście poświęcają kursantom. Zawsze uważam, że złapanie za telefon nic nie kosztuje, a przede wszystkim od razu wiesz kto ma dla Ciebie czas.
Nie szukałem kursu, na którym można przesiadywać przy kawie i rozmawiać przy kole sterowym. Chciałem treningu. Możliwie trudnego, wymagającego i prowadzonego przez ludzi, którzy naprawdę mają doświadczenie. Od początku miałem też jedno założenie:
nie jadę po patent. Jadę po wiedzę.
Ostatecznie wybrałem szkolenie na Zatoce Gdańskiej. Trafiłem do sześcioosobowej załogi i już pierwszego dnia szybko zrozumiałem, że to będzie dokładnie to, czego szukałem.
Śniadanie o 8:00, potem wyrywkowa seria pytań z teorii i… na wodę. I tak przez siedem dni, od rana praktycznie do 22:00, trenowaliśmy teorię i praktykę. Manewry portowe, zwroty, manewry awaryjne, budowę jachtu, locję, nawigację, światła, a przede wszystkim to, dlaczego właściwe wykonanie każdego z tych elementów ma związek z bezpieczeństwem załogi.
To nie było kręcenie slalomu po wodzie - to było prawdziwe, wymagające szkolenie od rana do wieczora.
I miałem ogromne szczęście, bo właśnie tego chciałem. Ani przez chwilę nie miałem poczucia, że skoro zapłaciłem za kurs, to wszystko po prostu „mi się należy”. Przeciwnie – chciałem, żeby instruktorzy wymagali ode mnie jak najwięcej.
Dodatkowym atutem okazała się pora roku. Ze względu na obowiązki mogłem wybrać właściwie tylko wiosnę.
Kwiecień na Zatoce Gdańskiej? Taaak, można się domyślić. Było zimno.
Woda zimna, powietrze też, do tego wiatr i czasami deszcz. Ale kiedy pojawiało się słońce, człowiek cieszył się jak dziecko. Co ciekawe, kiedy cały czas coś robisz, uczysz się, manewrujesz i analizujesz kolejne zadania, czas płynie bardzo szybko. Nawet tego chłodu nie odczuwa się tak mocno.
Czym innym jest jednak rejs, kiedy ustawiasz kurs i płyniesz przez kilka godzin. Wtedy pogoda potrafi dać się we znaki. W listopadzie miałem okazję przekonać się, co oznaczają zmarznięte ręce, przemoczony sztormiak i inne „żeglarskie atrakcje”. Ale to materiał na osobną historię.
Każdy żeglarz, który spędził trochę czasu na wodzie, powie Wam, że doświadczenia uczymy się przez całe życie. Nie ma dwóch identycznych sytuacji, ale ogromną wartość ma słuchanie tych, którzy już coś przeżyli.
Cudze doświadczenie też jest lekcją.
Warto więc czytać. Są dobre książki dotyczące nawigacji, locji, bezpieczeństwa czy teorii żeglowania. Nie będę tutaj robił listy ani nikogo reklamował – każdy może znaleźć literaturę odpowiednią dla siebie.
W moim przypadku szkoła udostępniła przed kursem webinar i testy online. Ich zaliczenie było obowiązkowe, więc na samym kursie teoria była już przede wszystkim powtórką i uzupełnieniem. I to jest, moim zdaniem, bardzo dobre rozwiązanie.
Warto też wcześniej choć trochę poćwiczyć nawigację. Na egzaminie czeka przecież zadanie nawigacyjne, więc dobrze jest wiedzieć, czym jest trójkąt kursu, trójkąt położenia czy przenośnik nawigacyjny. Przyda się również ołówek i gumka. 😉
Uwierzcie mi – dla niektórych długość i szerokość geograficzna nadal potrafią być wyzwaniem, nie mówiąc o schodkach nawigacyjnych, deklinacji, wpływie pływów i tabelach - to prawdziwa czarna magia. 😊
Musicie wiedzieć, że każda szkoła prowadzi szkolenie trochę inaczej. Nie ma jednej magicznej bazy pytań, którą wystarczy wykuć.
Są zagadnienia, które trzeba po prostu rozumieć i znać.
I właśnie dlatego cieszę się, że mój kurs wyglądał tak, jak wyglądał. Nie chciałem przejść kursu w stylu: zdać, odebrać patent i zapomnieć, a potem „jakoś to będzie”.
Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że żaden kurs nie zastąpi praktyki. Żeglarstwa uczymy się przez całe życie. Kurs może dać fundament, uporządkować wiedzę i nauczyć właściwych zachowań. Resztę dopisuje już woda.
Ale ten kurs przyniósł mi coś jeszcze. Możliwość poznania nowych osób.
Jedną z nich był Bartek. Poznaliśmy się właśnie podczas tej żeglarskiej drogi i z czasem kursowej znajomości powstała przyjaźń.
A później pojawił się pomysł na wspólny rodzinny rejs. To osoba, na której zdecydowanie mogłem polegać w każdej sytuacji.
Mija trochę czasu, kolejne rozmowy i powstaje kolejny pomysł, żeby stworzyć coś, czego sami szukaliśmy, kiedy zaczynaliśmy.
Tak powstała koncepcja na sailwith.pro
Obaj chcielibyśmy, aby portal był także odpowiedzią na Wasze żeglarskie rozterki, a dla ekspertów miejscem, gdzie nie boimy się dzielić wiedzą i doświadczeniami. Liczymy na Was!
Pozdrawiam
Marek
P.S. Jeśli masz ciekawą historię, doświadczenie albo temat, o którym warto napisać, koniecznie daj nam znać.
Chętnie opublikujemy również historie naszych czytelników. Napisz do nas na office@sailwith.pro.